piątek, 10 lipca 2015


Rozdział 1
  Krople deszczu obijały się o szyby w pokoju, gdzie spała brązowowłosa nastolatka. Po chwili dało się słyszeć huk spowodowany burzą, jaka nadciągnęła nad Londyn. Zaczął wiać porywisty wiatr, a ciemne niebo przecinały złote błyskawice. Deszcz zaczął mocniej padać, robiąc dużo hałasu. Dziewczyna poderwała się do góry przy kolejnym uderzeniu pioruna. Jej oddech był szybki i płytki. Po kilku minutach, udało jej się zapanować nad oddechem i mogła przywrócić mu normalne tempo. Potarła dłońmi twarz i spojrzała na zegar. Była 2:03. Opadła na poduszki i nakryła się kołdrą po sam czubek nosa. Zamknęła oczy. Starała się zasnąć, ale minuty mijały, a ona była coraz bardziej rozbudzona, zamiast senna. Dodatkowo fakt, że jest burza, nie pozwalał jej odpłynąć. Odrzuciła kołdrę i wstała z łóżka. Zrzuciła na ramiona czarny sweter, który wisiał na krześle przy biurku i stanęła przed oknem. Otworzyła okiennice i weszła na parapet. Krople wody spadały na jej twarz, orzeźwiając ją i dodatkowo ją rozbudzając. Nastolatka chwyciła gałąź pobliskiego drzewa i przyciągnęła ją do siebie. Stopami odbiła się od parapetu i przeskoczyła grubą i mocną gałąź tego samego drzewa. Trzymając się „liany”, powoli przeszła do konara i usiadła, opierając się plecami. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła się rękoma. Uwielbiała siedzieć na drzewie, zwłaszcza w środku nocy. Mimo, że było chłodno, ona nie chciała wracać do środka. Wolała siedzieć tutaj, gdyż właśnie w tym miejscu najlepiej jej się myślało o otaczającym ją świecie. Te myśli nie były szczególnie kolorowe, wręcz były czarne. Wojna zbliżała się z każdym najmniejszym krokiem i nie było już tak bezpiecznie jak kilka lat temu. Śmierciożerców przybywało, a Czarny Pan rósł w siłę. Zakon Feniksa nie mógł już ochronić wszystkich, więc chronił tylko tych najbliższych. Dziewczynie to się nie podobało. Rozumiała, że każdy się o siebie boi i stara się przetrwać, ale oni są Ci dobrzy i powinni chronić ludzkie społeczeństwo. Co z tego, że oni przeżyją, skoro zginą inni ? Już nie raz próbowała poruszyć ten temat na zebraniu (na które, z młodzieży, tylko ona została zaproszona), ale skutecznie zostawała uciszana. Nie rozumiała również celów Zakonu. Starali się zamknąć wszystkie ulice. Jaki to ma sens ? Nawet ona tego nie rozumiała, a była bardzo inteligenta. To wszystko było chore i pokręcone. Jedyne, o czym marzyła, to spokój i cisza.
  Usłyszała trzepot skrzydeł. Spojrzała przed siebie i ujrzała białą jak śnieg sowę. Doskonale ją znała. Owe zwierzę przylatywało do niej od niedawna z krótkimi liścikami. Nie miała pojęcia, od kogo są te listy, bała się, że od Śmierciożerców, ale nic nie mówiła Zakonowi. Podświadomość nakazywała jej siedzieć cicho.
  Brunetka polubiła ptaka i nadała mu imię – Snow. Snow chyba też ją polubił, bo zawsze się do niej przymilał i chętnie jej wysłuchiwał. Nie wiedziała, do kogo należy ptak, ale przeczuwała, że do kogoś jej bliskiego.
- Co tam Snow ? – zapytała, gdy sowa usiadła na gałęzi. Wyciągnęła ona nóżkę, przy której była mała karteczka. Nastolatka odwiązała czerwoną wstążeczkę i rozwinęła kartkę. Było tam tylko kilka słów. Twoi przyjaciele zostaną Twoimi wrogami. Uważaj na swoich obecnych bliskich. To kłamcy.
- Snow, co to oznacza ? – zapytała ptaka, który, jakby ją rozumiejąc, pokręcił główką. Nie zastanawiając się nad jego treścią, schowała liścik do kieszeni swetra i zaczęła głaskać ptaka po głowie i skrzydłach.
- Och Snow. Kiedy to wszystko się skończy ? Chciałabym żeby wojna się skończyła – przyznała, opierając głowę o pień. Przymknęła powieki. Nie wiedziała, kiedy, odpłynęła.

***
  Obudziło ją wesołe ćwierkanie ptaków. Otworzyła oczy i niemal od razu, poczuła ból w karku. Otworzyła oczy. Na początku nie wiedziała gdzie jest, ale zaraz przypomniała sobie o burzy w nocy i o sowie z dziwnym liścikiem. Odruchowo sięgnęła do kieszeni i wyjęła pomiętą karteczkę. Nadal nie rozumiała tej treści, ale coś do niej przemawiało. Schowała ją z powrotem. Dźwignęła się na nogi i łapiąc się gałęzi, wskoczyła na parapet, a potem do pokoju. Weszła do małej, ale gustownej łazienki, i wzięła szybki prysznic. Owinęła ciało ręcznikiem i wyszła do pokoju. Wybrała z szafy ubrania i szybko się przebrała. Miała na sobie zwykłe jeansy i stary sweter. Nie lubiła się stroić i wyglądać dziewczęco. Bo przecież nie liczył się wygląd tylko wnętrze człowieka i jego wiedza, a nie ubrania.
  Nastolatka zeszła na dół i weszła do kuchni, która była pusta. Nie było słychać wesołej paplaniny jej mamy, czy przewracania stron gazety jej taty. Nie było czuć zapachów tostów, gofrów czy innych smakowitych potraw. Był tylko zestaw kuchenny i nic więcej.
  Dokładnie tydzień temu rzuciła na swoich rodziców zaklęcie zapomnienia i wysłała ich do Australii, żeby Śmierciożercy ich nie znaleźli i nie zabili. Kochała ich całym sercem, ale to była konieczność. Teraz było tutaj pusto, a ona była samotna i opuszczona. Co prawda miała jeszcze przyjaciół, ale to nie było to samo. Nie da się zastąpić matki, czy ojca. Te dwie osoby, to najbardziej wyjątkowi ludzie na Ziemi.
  Szybko zrobiła sobie kanapki i herbatę i poszła do salonu. Włączyła jakąś głupią telenowele i zaczęła spożywać posiłek, rozmyślając nad głupotą tych seriali. Przecież to nie miało żadnych wartości, a i tak było najchętniej oglądane. Może dlatego, że oglądając takie głupie seriale ludzie odciągają się od problemów i zmartwień? ·- Jakie to jest głupie ! – wyłączyła telewizor i odstawiła talerzyk na stolik. A może wyjdę na spacer ? Jak pomyślała, tak też zrobiła i już po chwili szła chodnikiem, kopiąc kamyczki. Jej głowę zaprzątały myśli o wojnie. Czy to musiało się tak skończyć ?
- Hermiona ? – usłyszała swoje imię. Podniosła głowę i ujrzała niską rudowłosą dziewczynę o niebieskich oczach.
- Emily ? – zapytała brunetka, robiąc zaskoczoną minę.
- Matko, Miona ! Jak ja Cię dawno nie widziałam ?! – wykrzyknęła ruda, przytulając Hermionę – Ej, ludzie ! Patrzcie kogo znalazłam ! – krzyknęła, gdy się odsunęła od znajomej. Grupka nastolatków zdezorientowana spojrzała na Hermioną. Podbiegli do niej i mocno wyściskali. Dziewczyna nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje.
- Dziewczyno, co się z Tobą działo ? – zapytał wysoki brunet, Matt.
- Dostałam list z prywatnej szkoły i właśnie tam uczęszczałam, po wakacjach znów tam idę – odpowiedziała brunetka.
- A w wakacje nie mogłaś nas odwiedzić ? – głos Emily brzmiał pretensjonalnie. Hermiona była jej najlepszą przyjaciółką i tak nagle nie wróciła do szkoły, tak bez żadnych wyjaśnień.
- Wybaczcie mi, ale dwa tygodnie siedziałam w domu z rodzicami i nadrabiałam z nimi te 10 miesięcy, a później wyjeżdżałam do babci lub znajomych ze szkoły – jej uśmiech był lekko sztuczny. Cieszyła się, że spotkała znajomych, ale wolała być sama ze swoimi myślami.

- A tak w ogóle, co tam u was ? – zapytała.
- W sumie to nic ciekawego. Bez Ciebie było tu jakoś nudno…, Ale nigdy nie uwierzysz ! Pamiętasz tego kujona, Alexa ? – brunetka pokiwała głową – Wiesz jakie z niego ciacho ? No na maksa ! I wydaje mi się, że się we mnie buja ! – pisnęła Em, klaszcząc w dłonie.
- Daj spokój Emi. On się na Ciebie gapił, bo miałaś szminkę na policzku – Alicja spojrzała z politowaniem na swoją siostrę.
- A ty bądź cicho ! – warknęła ruda. Alicja wzruszyła ramionami i zwróciła się do Miony.
- A ty masz jakiegoś chłopaka, a może miałaś ?
- Nie, nie mam i nie miałam, ale u nas w szkole jest taki Cormac, który ugania się za mną od czwartego… czwartej klasy – szybko się poprawiła – A od tamtego roku mój przyjaciel Ron, zaczął się do mnie podwalać i żebym była zazdrosna zaczął się ślinić z taką Lavender – wzdrygnęła się, na co reszta wybuchła śmiechem.
- To może uczcimy nasze spotkanie lodami ? – Tom poruszył zabawnie brwiami, na co reszta zaczęła się śmiać. Gdy się uspokoili, przystali na jego propozycję i ruszyli w kierunku pobliskiej lodziarni. Już z daleka przywitał ich różowy szyld z napisem: Lody Babuni – smak ich dzieciństwa.
- Ja biorę żelusia ! – wykrzyknęły trzy dziewczyny, biegnąc do budki. Popychały się i śmiały. Pierwsza dotarła Emily, zaraz za nią Alicja, a za nimi Hermiona. Brunetka wyjęła z małej torebki pieniądze i w spokoju czekała na swoją kolej. Gdy już nadeszła, zamówiła żelusia i położyła monetę na blacie, a po chwili zajadała się pysznym deserem. Cała paczka usiadła przy największym stoliku i wesoło wspominała czasy ich błogiego i wesołego dzieciństwa.
  Nagle niebo zaszło czarnymi chmurami i zerwał się porywisty wiatr.
- Zaraz będzie burza – stwierdziła Emily, podnosząc się z miejsca, jednak zatrzymała się w połowie drogi. Jej uwagę przykuły dziwne chmary czarnego… dymu ?
- Co to jest ?! – krzyknęła przerażona, wskazując na niebo.
- Tylko nie to – szepnęła Hermiona. Śmierciożercy. – Szybko ! – wrzasnęła i z hukiem wstała na równe nogi. Nie musiała powtarzać dwa razy. Wszyscy się zerwali i zaczęli za nią biec. Na ulicy zapanował totalny chaos. Wszyscy krzyczeli, biegali i chowali się gdzie popadnie. Panna Granger w pośpiechu wyjęła różdżkę z rękawa swetra i przyśpieszyła. Wpadła do jakiegoś opuszczonego budynku i zaryglowała drzwi. Oparła się o nie z ulgą.
- Co to było do cholery ?! – wrzasnęła Alicja – I dlaczego w ręce trzymasz patyk ?!
- Nie czas na wyjaśnienia – mruknęła brunetka, odsuwając się od drzwi – Chodźcie na górę – nakazała i weszła na schody. Gdy była w połowie, na czubku schodów pojawiła się postać w czarnej pelerynie z kapturem na głowie. Wyciągnęła przed siebie swój magiczny patyczek i szybko wypowiedziała zaklęcie rozbrajające, ale przeciwnik skutecznie je odbił. Zaczęła się walka. Nie trwała ona długo, gdyż Hermiona w końcu została bez różdżki. Nie wiedziała, co ma zrobić. Nogi jej drżały i nagle stały się jak z waty. Nawet nie wiedziała, kiedy postać złapała ją za ramie i się z nią teleportowała. Dopiero, gdy wylądowała na mokrej trawie, zdała sobie sprawę jak ta sytuacja jest poważna. Zaczęła się szarpać, ale napastnik był zbyt silny. To musiał być mężczyzna. Potrząsnął nią lekko, żeby przestałą się szarpać, ale to nie dało żadnych skutków.
- Severusie ! Nie szarp tą dziewczyną ! – usłyszeli oburzony kobiecy głos. Dziewczyna odwróciła się i ujrzała piękną, wysoką kobietę o blond włosach. Jej czarna szata idealnie podkreślała jej jasną cerę i kości policzkowe. Natychmiast rozpoznała w niej Narcyzę Malfoy. Draco z pewnością odziedziczył po niej oczy.
- Chodź skarbie. Nie bój się. Tutaj nikt Ci nie zrobi krzywdy. Przynajmniej ja do tego nie dopuszczę – w głosie kobiety było słychać troskę. Wyciągnęła w stronę dziewczyny rękę, którą ta przyjęła z lekkim wahaniem. Kobieta zaprowadziła dziewczynę do mrocznego, ale na swój sposób pięknego dworku. Był zbudowany z czarnego kamienia. Otworzyła drzwi, a wnętrze zupełnie zaskoczyło nastolatkę, ponieważ było ono przytulne i ciepłe.
- Zaraz zaprowadzę Cię do kogoś, kto bardzo chciałby Cię zobaczyć – oznajmiła Narcyza, wchodząc po drewnianych schodach. Hermiona poszła za jej śladem. Weszły po schodach, przeszły przez korytarz, potem jeszcze jeden i jeszcze jeden i znalazły się przed wielkimi drzwiami. Granger miała wrażenie jakby była w wielkim labiryncie. Nie wiedziała jak tu dotarła, a tym bardziej nie wiedziała jak się stąd wydostać. Od tych zakrętów zakręciło jej się w głowie.
  Blondwłosa piękność zapukała delikatnie, a potem pchnęła drzwi i weszła do środka, popychając przed sobą dziewczynę. Gdy tylko weszła, brunetka poczuła jak ktoś się do niej mocno przytula. Była zdezorientowana i nie bardzo wiedziała jak się zachować – po prostu stała jak słup soli. Po chwili osoba się od niej odsunęła. Okazało się, że to piękna kobieta w średnim wieku.
- Dziękuję Cyziu. Zostawisz nas samych ? – zapytała kobieta, na co blondynka pokiwała głową i wyszła z pomieszczenia. Kobieta spojrzała na Hermionę, która mogła się jej uważnie przyjrzeć. Zauważyła, że jej rysy twarzy są podobne do jej rys twarzy, a także, że jej usta są tak samo wykrojone – pełne i całkiem duże – tyle, że w odcieni truskawek.
- Och wybacz skarbie. Pewnie jesteś zaszokowana, że Cię tak przytuliłam znienacka, ale tak strasznie za Tobą tęskniłam ! – wyznała kobieta z wielkim uśmiechem.
- Dlaczego pani mówi do mnie skarbie ? – to było pierwsze, co wypłynęło z ust nastolatki.
- Och, Hermionko, bo wiesz Ci mugole to nie są Twoi prawdziwi rodzice. Jestem nimi ja i Twój ojciec Tom. Ukryliśmy się u nich przed Zakonem, który chciał Cię zabić, aby przejąć Twoją wielką moc, która w Tobie spoczywa – wyjaśniła jej matka, czując coraz większe podekscytowanie. Zaraz odzyska córkę, którą straciła siedemnaście lat temu.
- Co ? – jej głos był dziwnie piskliwy. Nie mogła uwierzyć w to, co się dzieje. Miała nadzieję, że to tylko sen i zaraz się obudzi w łóżku, albo na drzewie…, Bo to tylko sen, prawda ?
- Tak, to prawda. To jest Twoja matka, a ja jestem Twoim ojcem – usłyszała męski głos. Spojrzała na skórzaną kanapę i ujrzała wysokiego, przystojnego mężczyznę, którego wcześniej nie dostrzegła. Przyjrzała mu się uważnie i aż zaschło jej w ustach. To był Tom Marvolo Riddle. Poczuła jak kręci jej się w głowie i zobaczyła mroczki przed oczami. Poczuła jak upada, a potem była już tylko ciemność.

***
Hej Misiaki :* Jestem nowa na blogerze i mam nadzieję, że mi to wybaczycie :p Za każde niedociągnięcie, czy błąd ortograficzny - serdecznie przepraszam. Sprawdzałam ten tekst, ale wydaje mi się, że jakiś małe usterki mogą być.
*Weruu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz